czwartek, 4 lutego 2010

Prolog

Biegł ledwie łapiąc oddech ,zapach powietrza którego tak teraz bardzo potrzebował był słodki i mdły. Skręcił w ciasną uliczkę , zgięty w pół opierając się rękoma o kolana opadł plecami na ceglany mur domu. Oddychał ciężko, z jego gardła wydobywał się świst szybko wydychanego powietrza. Mokry od krwi i potu t-shirt dokładnie przylegał teraz do wychudzonego ciała, ujawniając kruchą posturę chłopca. Było ciszej niż zwykle, żadnych ryczących silników , żadnych karetek, żadnego gwaru czy pojedynczego głosu, nie działo się nic co przypomina choćby w małym stopniu nocny ,zwyczajny , zwolniony puls sześciomilionowej metropolii. Ustał nawet lekki wiatr który w czasie szaleńczego biegu chłodził jego pobitą twarz, teraz mdłe powietrze stało w miejscu. Złożone razem w modlitewnym geście dłonie objęły napuchnięty nos. Nie chciało mu się mocno dmuchać, był zbyt zmęczony, skrzepy śluzu wymieszane z krwią oraz czarnym pyłem ciągnęły się między palcami jak gruba pajęcza sieć, nie zostały tam długo –zaraz potem wytarł je w jeansy które były w równie opłakanym stanie co ich właściciel. Jego oddech się uspokoił, powoli odzyskiwał siły. Nagle od strony głównej ulicy do jego uszu dotarł miarowy pusty dźwięk, który w bardzo krótkim czasie przerodził się w terkot. Panicznie zaczął się rozglądać. Jako drogę ucieczki obrał głąb ciemnej alejki. Był tutaj pierwszy raz , nigdy nie zapuszczał się tak daleko od mieszkania które wynajmowała jego matka. -Boże – pomyślał – nie wyjdę z tego cały- zdusił powieki wyciskając łzy. Zacisnął pieści i zaczął energicznie trzeć nimi w górną część zgiętych ud, wcierając głębiej w spodnie uprzednio wytartą wydzielinę z nosa . Do miarowych rytmicznych ruchów rąk dołączył korpus, który również zaczął się kiwać. Odpychając się od ściany zaraz na nią opadał, kiwając się w ten sposób coraz mocniej uderzał głową o porowatą powierzchnię muru. Odpychał się i opadał , odpychał się i opadał, nie czuł jak z każdym dobiciem jego potylica ustępuje twardej cegle. Nie dam im tego w całości - pomyślał
- Tu się schował!
Wystrzelił odpychając się od ściany. Biegł coraz wolniej, gdyż napuchnięte mięśnie nie były już w stanie zapewnić mu dostatecznej szybkości , kolejna poddała się koordynacja , potykał się i wpadał na stojące ocynkowane kosze na śmieci, robiąc przy tym hałas który zdradzał pozycje jego oprawcom. Wbiegł na skąpane w półmroku koliste podwórko- Ślepy zaułek, kurwa! Ślepy jebany zaułek –syknął – trzepak, dwa plastikowe kosze na śmieci, drzwi z zardzewiałą kratą , ławka , żadnych okien – wyliczał, lecz jego szept przerywały chałsty połykanego powietrza – żadnych okien – szepnął – żadnych okien, żadnych okien, żadnych okien – powtarzając to jak mantrę wiedział, że nikt nie będzie w stanie usłyszeć jego krzyku , nikt nie przyjdzie z pomocą – Już po mnie – był to ostatni szept który opuścił jego usta tego wieczoru
Jaskrawy snop światła przewiercił się przez jego oczy , wędrując błyskawicznie nerwem wzrokowym do ośrodków w mózgu. Wycieńczony brakiem tlenu organ, zdołał jednak heroicznie wysłać sygnał do mięśni powiek by te chroniły gałki oczne, które generowały teraz fioletowo – niebieskie plamy.
- Tu jesteś szczurku – szukamy cię cały wieczór
Chłopak trzymając prawą rękę przyciśniętą do czoła zasłaniając się przed skierowanym w jego twarz światłem, powoli cofał się w kierunku koszy na śmieci. Lewa , odchylona do tyłu ręka , zataczała chaotyczne kręgi szukając ewentualnych przeszkód. Błądząc , wszedł na kosz który z głośnym piskiem dawno nieoliwionych kółek , zaczął się toczyć. Echo cierpliwie powtarzało rytmiczne wysokie piszczenie , toczącego się blaszanego pojemnika, by w końcu wzmocnić huk jaki wydała z siebie stalowa piszcząca puszka wpadająca na ścianę. Oparty o chłodną powierzchnię ocynkowanej blachy , oddychał coraz spokojniej. Wciągał głęboko , powietrze złamanym nosem by wypuścić je przez wyschnięte i popękane wargi. Już się nie bał
- Masz torbę z lodem? – aksamitny męski głos zakłócił ciszę
-Taaa- po ostatnim razie z tym małym rumuńcem wiem że towar musi być w lodzie – odpowiedział drugi dużo niższy
-Narzędzia ?
-I owszem
-Halotan?
-A po co ? Czy ty wiesz ile kosztuje to gówno? Załatwimy to tradycyjnie
-Tradycyjnie?! – wrzasnął – Tradycyjnie to wszystko spierdolisz! Zapomniałeś jak mieliśmy zamówienie na rogówki? Dzieciak tak od ciebie dostał że całe ciało szkliste miałem na ubraniu, a może zapomniałeś klienta z Warszawy…
- To nie była moja wina!
-Nie , oczywiście że nie, to była wina tej gówniary że się ocknęła i zaczęła wierzgać.
-To nie była moja wina
- A tradycyjnie mi wyjaśnij jak to się stało ze ten tutaj nam prawie spierdolił?
-To nie moja wina! To ty robiłeś mu zastrzyk!
-Koniec ! Jesteśmy w pracy tak? – Tak! – odpowiedział sam sobie – zatem skończmy z tym pierdoleniem i bierz się za znieczulanie dzieciaka
Mężczyzna kocim ruchem doskoczył do chłopca , wprawnie uderzając dziecko w skroń, drewnianą ciężką pałką , z pękniętego łuku brwiowego trysnęła krew
-Mówiłem ci że cie dopadnę – wysyczał – jesteś pierwszy i ostatni który mi spierdolił
Upadające, bezwładnie ciało wydało stłumione tąpnięcie, które sprofanował pojedynczy pisk przetaczającego się pojemnika na śmieci.
Ciemność….
Poczuł zapach zalewającej jego twarz krwi, półprzytomny poczuł szarpanie i usłyszał dźwięk rozdzieranej tkaniny, krew która sączyła się do niedomkniętego oka przyjemnie je nawilżała i koiła – było to dominujące ,miłe uczucie które wypełniło jego umysł.
Ledwie słyszał strzępki rozmowy, lecz powoli docierały do niego dźwięki które był w stanie pozlepiać i zrozumieć
-…daj mi jodynę nie chcę tego zapaprać…
-Co jest do kurwy nędzy ! Widziałeś to?
-Gdzie?
-Tam kurwa! Tam – wrzeszczał aksamitny głos przekrzykując wzmagający się huk wiatru który niósł ostry odór fekaliów .
Poczuł uderzenie fali gorącego powietrza, odpłynął, nie czuł już nic prócz kojącej ciemności.

piątek, 25 grudnia 2009

"Noir"

Jego wzrok wbił się w plastikową kratkę wentylacyjną na dole drzwi. Bezmyślnie liczył ilość szczebelków i pionowych linii które składały się na prosty wzór. Pięć poziomych kresek przeoranych trzema bruzdami pionowych tworzących małe prostokąty ,które były teraz w ścisłym centrum jego świata. Lekko znudzony pokierował swój wzrok na lewo ,teraz dokładnie liczył odpryski łuszczącej się farby na metalowej framudze wrót które mieściły jego kratkę. Lekka, niegdyś biała żółć, dawno już straciła swą młodość , a odpryski które zdradzały pierwotny brązowy kolor framugi , dodawały jej lat . Rozglądał się dalej szukając nowych bodźców dla skołatanego rozumu. Omiótł misterne ułożenie kafelków i z typowym dla siebie umiłowaniem do detali jął oglądać ubytki w fugach. Cześć niegdyś jasnych wypełnień nie oparła się kamieniowi jakim raczą nas wodociągi. Pionowe, pożółkłe linie framug między bladą zielenią sporych kafelków przypominały kolorem zęby w uśmiechu,wulgarnie wymalowanej, pomarszczonej, zmęczonej już życiem i wiekiem prostytutki. Stracił poczucie czasu , był tu i teraz - między zielenią i żółcią ,między niebem a piekłem wśród swoich myśli bezpieczny jak w łonie matki. Nagłe ukłucie bólu w okolicach brzucha przypomniało dlaczego tu jest, instynktownie napiął mięśnie łydek i ud, przygotowując je do mającego nastąpić misterium.
Czekał.
Stopy zaczęły już cierpnąć, przyprawiając go o zniecierpliwienie. Wie że nie może się denerwować , nie teraz, nie kiedy jest tak blisko, wie że zdenerwowanie popsuje wszystko, wie , że nie może sobie pozwolić na kolejne stracone dwa dni.Ostatnią myśl trzymał z dala od siebie.Nie myśleć,nie spinać się,nie myśleć-powtarzał to w kółko jak mantrę. Spojrzał na owal czerwonej tkaniny która leżała u jego stóp, dywanik bardziej przypominał wielka plamę krwi z filmu klasy „B” niż ozdobę, która ma zapobiegać kontaktowi bosych stóp z chłodem wykafelkowanej podłogi.
Naglę ciszę zakłóciło słabe jękniecie – odetchnął głęboko wijąc się z bólu , nagły skurcz rzucił jego ciało do tyłu tak mocno że poczuł jak kręgi krzyżowe odbijają się o twardą powierzchnie tuż za nim , mimo iż nie robił tego po raz pierwszy czuł ze dziś będzie trudniej, silniej… przyjemniej…
Kolejne ukłucie , ledwie zdusił krzyk, przeszywający jak włócznia ból rozszedł się po całym ciele , palący ogień przepełnił jego trzewia. Nareszcie mam cię – pomyślał kurczowo zaciskając palce na powlekanej żywicą desce. Czuł jak pękają mu paznokcie, czuł wyciskający łzy piekielny odór, ale nie mógł teraz się cofnąć , jest tak blisko , kolejny spazm który sprawił że nie był w stanie zdławić krzyku, walka kosztowała go zbyt wiele, czuł jak opada z sił…
Ostatkiem energii napiął mięśnie nadbrzusza, teraz albo nigdy pomyślał
Udało się…
Głośny plusk pojawił się równo z uśmiechem na jego twarzy
Ze stoickim spokojem zrolował oderwaną z rolki odrobinę miękkiego, pachnącego stokrotkami papieru. Wytarł kropelki potu z czoła by potem rzucić zwitek między swe uda, wprost do grobu demona który go właśnie opuścił, mimo kurczenia mięśni nóg, jego niedokrwione członki były teraz mocnym wspomnieniem niedawno stoczonej walki , siedział dziś dłużej niż zwykle, ale był zadowolony , zadowolony i wolny
Dawno tak nie srałem - pomyślał

czwartek, 24 grudnia 2009

spieprzaj

Podsumowanie nie jest dostępne. Kliknij tutaj, by wyświetlić tego posta.

poniedziałek, 2 listopada 2009

tyt. roboczy

Wyrażanie swoich myśli w sposób zrozumiały dla odbiorcy to wielka sztuka i o ile werbalny przekaz ułatwiają nam gesty, mimika, ton i tembr głosu, a czasami nawet zapach, to przelanie myśli na papier lub zamiana ich na wyświetlane pixele jest nie lada wyczynem. Dryfując po bezkresnych morzach skrótów myślowych ,bacznie obserwując ortograficzne rafy i interpunkcyjne mielizny, z tęsknotą, wyglądam niczym lądu, końca jakim może być puenta wyżej opisanych praktyk umysłowo-gimnastycznych. Czuję nieodpartą wręcz potrzebę podzielenia się obserwacjami i wnioskami do jakich doszedłem na przestrzeni kilku tygodni. Potrzeba dzielenia się tymi informacjami nie wynika z altruizmu czy chrześcijańskich pobudek (polegających na dzieleniu się dobrem jako wartością samą w sobie), jestem skrajnym egoistą (ergo dzielić się nie lubię i wypierdalać) Poddając się głębszej autoanalizie - to nie wiem z czego ma chęć wynika, nie mam bladego czy różowego pojęcia i pisząc szczerze: gówno mnie to obchodzi!
Ale chwilunia, jest to kolejny dowód na poparcie mojej nowo wyknutej tezy: stwierdzam, wszem i wobec, iż każde stworzenie czuje nieodpartą potrzebę komunikacji. Komunikacja w obojętnie jakiej formie, leży u podstaw życia, umożliwiając i czyniąc je łatwiejszym. Sztuka przekazywania informacji nie jest tylko domeną naczelnych, weźmy sobie na ten przykład takiego ślimaka. Ślimak jaki jest każdy widzi, ale nie każdy wie że te bydlaki są samowystarczalne. Żrą wszystko, srają wszędzie i co najważniejsze nie muszą za sobą ganiać. Przez „ganianie” rozumiem chęć rozmnażania się, oraz silny popęd seksualny który każe bzykać wszystko co się rusza. No dobszsz , no może nie wszystko - przekomicznie wyglądałby ślimak na suce owczarka niemieckiego, ledwie widoczny wśród gęstwiny włosów, sapiący, szepczący czułe słówka, dumnie pełznący w kierunku psiej pipy z którą i tak nie wiedziałby co począć, co by z tego wyszło? Obślizgłe, owłosione, paskudne stwory… Śliwczarek Stróżujący? Nieminiemniak Pasterski? Piotr Gąsowski? Dwa pierwsze może też rozebrałyby się w Tańcu z Gwizdkami…Zboczyłem (Sic!) z tematu… Otóż niektóre gatunki ślimaków nie muszą odstawiać takiej błazenady. Niektóre z tych skubańców są (i tu uwaga trudne słowo) hermafrodytami. Zobacz drogi czytelniku, jaki to wielki komfort, mieć wszędzie dach nad głowa, spokojne domowe zacisze, w którym bez zbędnych ceregieli, obaw ,wstydu, kompleksów czy strachu przed odrzuceniem, można się centralnie WYRUCHAĆ! Któż lepiej od nas wie, jak się zaspokoić? Czy jest ktoś inny na tym świecie kto zna lepiej od nas wszystkie nasze punkty od „G” do „Dż”? O taaaaak ,Pan ślimak osiągnął najwyższy level masturbacji ponad którym, jest już tylko raj i te 50 dziewic, dla których tak rozrywkowo giną ci mniej domyci i ogoleni…Taka dziwną nazwę mają…Coś z płatkami musli w nazwie…no taką nazwę z angielskiego mają…HA! Już wiem! Wegetarianie , cóż znów zboczyłem z tematu.
Mimo iż ślimak jest nażarty, zaspokojony pod względem potrzeb prokreacyjnych i wydalniczych oraz zakwaterowany w swej przytulnej muszelce, pędzi On (… ha ha, dobre, dobre, PĘDZI, ha ha…) na spotkanie z innymi ślimakami, gdzie spotykają się na soczysto zielonych łanach łąk, łaknąc łudząco płoche, łaciate łachmanów łapy chłonne…(wiem, i owszem zjebałem to ostatnie zdanie) I po co? Sex odpada – po takim ruchaniu jakie sobie fundują, pewnie przez kilka dni zrastają im się dupy, wspólne żarcie? odpada – ślimak żre wszystko od trawy po żwir zanim by się poślizgał do innego ślimaka padłby z głodu , kolektywne sranie? –średnio, ile ślimaków jest w stanie pomieścić się w jednej muszli? a nawet jak już by się pomieściły to kto by swoją muszelkę miał udostępnić, jakiś zbok chyba co lubi jak się mu sra w muszelkę…Jedyne i logiczne co przychodzi mi do głowy, to chęć zaspokojenia potrzeby komunikacji, znaczy na swój ślimaczy sposób. Może porozumiewają się machając różkami (Pamiętasz? ślimak ,ślimak pokaż rogi… a on różkami machając, wijąc delikatnie i czule ,lekko jak listek na bryzie targany, pokazuje: A w dupie mam ten twój ser!), a może układają swe ciałka w jakieś figury i układy – no nie ważne, faktem jest że się spotykają…To że nie rozumiem dlaczego tak się dzieje nie usprawiedliwia mnie do zamiecenia ślimaczych zachowań pod dywan , umysł mam otwarty więc nie będę negować ślimaczych spotkań
Puenta tego wywodu jest bardzo prosta:
Spotykajmy się, ot po prostu, pogadać, pożartować, pomachać różkami lub butelkami z piwem – ślimakom wychodzi to nam nie wyjdzie?

czwartek, 6 listopada 2008

pierwsze koty za płoty

jako że postaram się blogować i dawać foty w B&W na pierwszy ogień idzie moja kobieta



darmowy hosting obrazków